RSS
niedziela, 17 października 2010
like a flight of ravens into the sunset

someone dies, someone lives

 

17:28, ultima_ratio
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 października 2010
Krzyżówka dnia

Jako, że lajf is e serkl, jak to śpiewali Ace of Base przed laty, zacznę od tego czym ostatnio zakończyłem. Okazałem się człowiekiem-wizjonerem niczym sam Stach Lem i przewidziałem wybornie, że miejscem moich przearcyfrapujących praktyk będzie OSM. Przynajmniej będę się znał na twarogach i serkach kanapkowych, zawsze coś.

Troszku czasu nie pisałem, albowiem rok akademicki się rozkręca a ja daję się stopniowo wciągać w wir nauki, choć znacznie mniej intensywnie niż rok temu o tej porze roku. W odległości 30 cm w kierunku na Berlin znajdują się resztki udka kurczaka, który zakończył swoją mięsną egzystencję parę chwil wcześniej jako że jutro mamy frajdej i mięso noł mor we frajdej. W odległości dobrego widzenia na Rygę - Ten, Co Występuje w Puszczy, z okazji urodzin Biedronki, czyli matki-żywicielki, powiększony niemoralnie o 68 ml (bogactwo!). Zacny współlokator bawi się na WOWie, a miasto powoli przymyka powieki.

I jest fajnie powiem Wam. Bo cóż może być lepszego od patelni pełnej paluszków rybnych? Cóż może być wspanialszego od spaceru do Kerfura z Farbowaną Blondynką? Co może radować bardziej od fucktu, że wreszcie mam własne biurko (i to z miejscem na jednostkę centralną)? Niby nic tak nie cieszy jak seria z pepeszy, ale choć niczego takiego nie doznałem, uznaję żywot za jak najbardziej satysfakcjonujący. Tym bardziej, że 3 przypalone gary w kuchni nie są moją własnością a nowa płyta Moniki Brodki to muzyczny szok, którym od 2 dni się zachwycam. Pewnie szybko mi przejdzie, bo uwagę odwróci brunetka w bikini na bilbordzie albo nowy odcinek House'a, ale dobra zajawka nie jest zła, czy też "ELO Rap" jak to w takich okolicznościach mawia ni z oka ni z dupy starosta grupy.

I jeszcze na koniec, dla zachowania studenckiego klimatu, małe co nieco z basha:
<ziom> idziesz jutro na wyklady?
<milosz> tak
<ziom> zartujesz
<milosz> ty zaczales :)

Dobranoc, live long and prosper.


23:26, ultima_ratio
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 27 września 2010
Gold and Glory

Zespół R walczył w służbie zła. Z Ashem poległ jednak nie mając żadnych szans. Batman uwolnił Gotham City od złoczyńcy Jockera. Supermen zwalczył Lexa Luthora, Permen dzielnie przeciwstawił się problemom męskości, podobnie jak wojownicza księżniczka Xenna - zaparciom. X-Meni, Tsubasa, Balcerowicz, Boniek - Ci wszyscy herosi odeszli do lamusa, gdy nadszedł Ten, Który Pokonał Biochemię. Czyli skromnie rzecz ujmując, ja.

I uczucie to jest doprawdy znakomite, bowiem jestem świadom, że wreszcie moje trudy nie poszły na marne, że coś mi się udało i to z przytupem, chwalebnie jak rzadko. Woń zwycięstwa wpadła w moje nozdrza, światło sukcesu zwężyło źrenice. Można spokojnie rzec: It's piękne. It's beautiful.

I tak jak ostatnio pisałem, że nihil novi w matrixie, tak teraz nadszedł czas wielkich zmian. Nowy rok, nowe mieszkanie nowi współlokatorzy. Póki co zapowiada się coś z pogranicza konglomeratu rzeźniczego i wojny nuklearnej, ale mam czego chciałem. Przestronny zimny pokój w sercu Breslau zamieniłem na mieszkanie studenckie tuż za sławetnym UE, gdzie już dziś, w przeciwieństwie do większości parszywego obiboctwa z UWr czy UAMu, przyszło mi rozpocząć naukowe zmagania. Na sam początek: zimny prysznic. Niczym krople stężonego kwasu spada na moją wrażliwą skórę news, iż oprócz pisania pracy inżynierskiej przyjdzie mi zdawać egzamin, którego nazwa brzmi 'Egzamin ze wszystkiego'. Zaniepokojonym wzrokiem zakręcam kurek i badam wypalone kwasem rany, na które los wylewa mi zalewę ze śledzi - do końca listopada muszę załatwić praktyki na lato! Jest szau.

Zginę marnie, a jak mi podpowiada pajęczy zmysł miesjcem zgonu będzie Ostrowska Spółdzielnia Mleczarska, chyba, że zechcą mnie w Ostrowinie. Jak ginąć, to z rąk prawdziwego Komandosa.


18:18, ultima_ratio
Link Komentarze (2) »
środa, 08 września 2010
Smells like teen spirit

Kilkaset metrów od Radłowa, inny niż zwykle skraj ostrowa, na samym końcu mapki z zasięgiem PlayOnline, nieopodal rwistej rzeczyny Ołobok, w domu o nieforemnych cegłach i dwunastokątnym akwarium. Dzieńdobrywieczór.

Wiele emocji zgromadzonych w ciasnej i zaśmieconej pierdołami głowie domaga się uwolnienia, wiele krzyków, skarg i zażaleń kilka, czuję się rozgrymaszony i pewnie znp nadszedł. Ale powiem o tym, co sprawiło niedawno, że po plecach przeszły mi ciary i czasem mam nadal wrażenie, że wciąż chodzą. Aż do momentu, gdy orientuje się, że to wiatr smaga mi włosy na odcinku krzyżowym.

Jakże piękne są duże miasta gdy nie obserwujemy ich na co dzień! Wrocław - znany mi nie od dziś, choć wiele bluzgów pod swoim adresem usłyszał, wie o uczuciu jakim go darzę. To samo nocny Kraków. A nie wszędzie tak pięknie bywa! Weźmy choćby taki Kalisz - moglibyśmy postawić tam staroświckie latarnie, wybrukować uliczki, zbudować jar i wlać w niego rzekę a nawet postawić Smoka Wawelskiego czy innego epickiego potwora: Megazorda, Bulbasaura, Tsubasę. I nawet mimo takich prób Kalisz zawsze będzie cebularski i niegodny porównań choćby do Poznania. Poznania pełnego miejsca, parków, zieleni na osiedlach, atrakcji, wydarzeń i świateł. A w świetle wydarzenia jakim było otwarcie nowej hali na MTP, dane mi było poznać (z odległości mniej więcej 15 rzędów) Lesława Możdżera.

I muszę przyznać, że tak jak nie rozkoszuję się zazwyczaj muzyką pianistyczną (bo są ponoć znane lepsze specyfiki do rozkoszowania), tak tym razem zostałem absolutnie porażony wielkim geniuszem. Subtelnością, wyrafiniowaniem, pomysłem. Tym, że jeszcze nigdy nie widziałem jak ktoś kładzie na strunach fortepianu szklanki czy ręczniki. Nawet jeśli siadając pomiędzy paniami w sukniach wieczorowych i panami w garniakach (którzy chcieli pokazać się na salonach i raczej o artyście nic powiedzieć by nie potrafili) popełniłem delikatne fo pa, podczas gdy inni posiadacze biletów zdobytych na fejsie tłoczyli się gdzieś w dusznych kątach sali, to i tak (a raczej: przede wszystkim dlatego) doświadczyłem muzyki, której nie da się zgłębić słuchając płyty w winampie na lapku hp. To 3eba usłyszeć, ba, 4eba i 5eba - na żywo! Baj de łej, zawsze przy takich okazjach gdzieś w głowie odzywa się żal, że zamiast grać w te nudne szachy lepiej było... iść do szkoły muzycznej?

Napięcie już opuściło moje kończyny (prawie wszystkie), ale dobrze jest czasem wrócić do stolicy Wlkp. Są miejsca, do których wraca się prawie jak do domu choć różnią się od niego diametralnie. W końcu w domu nie spożywam spaghetti o 5 rano.


19:34, ultima_ratio
Link Komentarze (2) »
sobota, 28 sierpnia 2010
Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

Gips, farby, śrubokręty, kielnie (ale małe, bo im większe tym więcej trzeba szorować), gazety, taśmy, rozpuszczalnik, nożyce, lampy halogenowe, farelka, folie ochronne, kurz, gwoździe, obcęgi, drabina, woga i hucio wie co jeszcze. Remont.

Przekształcanie domu w jeszcze ładniejszy to ideologicznie słuszne na drodze do burżuazyjnej satysfakcji zajęcie, ale czasochłonne i żmudne. Po szyję roboty, ale pierwsze efekty już widać - mój pokój (w pierwotnej sferze marzeń czarny) zmienił swoje barwy ścienne z wiosenniezielonej na uwaga: "rzymski poranek". Moją reakcją po ujrzeniu tegoż oryginalnego koloru było nie tyle zadowolenie czy rozpacz, ale refleksja nad tym jak bardzo dziwny musi być Rzym skoro tak wygląda w nim poranek. Idąc drogą fantazji ludzi z dekoralu, równie dobrze mógłby to być: "kał skandynawa po lekkostrawnym śniadaniu spoczywający w zacienionej przestrzeni" lub "agresywny podkład maskujący Evy Longorii". Prawdziwi humaniści z tych twórców farb. Ogólnie rzecz biorąc, jest nieźle.

Żeby było mało kapitalistyczno - estetycznych przewrotów, Na Skraju pojawia się cud infrastruktury: kostka brukowa! Co prawda nie na całej długości ulicy, ale i tak jesteśmy pod tym względem lepsi od Senatorskiej czy Niskiej a Rudy już mi nie powie "jak za rok tu nie będzie drogi to nie przyjadę więcej podzielić się opłatkiem" ;)

Kosmosem rządzi ciągłość i zmiana. W przestrzeni międzyplanetarnej - na dziś zmiana, ale w matrixie - nihil novi. Wciąż mam nadzieję, że zacznie mi się chcieć tak bardzo, jak bardzo mi się nie chce. A do rzezi niewiniątek w postaci egzamu z bio czasu coraz mniej.

11:13, ultima_ratio
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 sierpnia 2010
A wódka taka zimna i pożywna

Nie było mnie tu całe wieki. Zdążyło pospadać parę samolotów, powypływać parę oczu i parę razy przegrali polscy piłkarze. Czy coś szczególnego uległo zmianie? Chyba nie. Nadal twierdzę, że jestem o rok starszy niż rok temu o tej samej porze i że z każdą minutą jestem o minutę bliżej śmierci. Wbrew pozorom, to wcale nie brzmi smutno, bo wierzę, że jeszcze kawał czasu, hektolitry wydalonych uryn i wydzielonych emocji. A właściwie, to też wydalonych. Bo przypominając sobie biologiczne nauki liceum, wydzielanie jest do wewnątrz organizmu, a wydalanie na zewnątrz. A ja przecież lubię czasem okazać emocję, acz nie za często, żeby nie przesadzić.

Marazm. Mijają wakacje, lecą dni, tygodnie, miesiące a mam nieodparte wrażenie, że coś mi umyka. "Że oto mija mój najlepszy czas", wspominając tekst śpiewany przez Roguckiego. I choć na brak zajęć nie narzekam, bo tu jakieś noszenie mebli, koszenie traw, struganie pyrów...to jednak czegoś brakuje. Może pracy - dowodu samowystarczalności, może szalonej przygody, która pozwoliłaby się rozpędzić by pozytywnie wpaść w przerażający V semestr, może dzikiej zagranicy - czeskiej czekolady, niemieckiego piwa, norweskich fiordów; a może...?

No właśnie, czy to nie jest tak, że w pewnym wieku przychodzi uczucie, że nieważne co by się nie zrobiło to już nigdy nie będzie to równie doskonałe jak to, co miało miejsce kiedyś? Czy jeszcze kiedykolwiek będzie takie lato?

 

23:56, ultima_ratio
Link Komentarze (2) »
piątek, 21 maja 2010
Między Duszą a Ciałem 10 milionów centymetrów

Maja dwudziestypierwszy. Nie było mnie pod tym adresem wiele dni. Ale dziś powracam. Powracam tutaj, bo tego oto dnia uciekłem stamtąd. Ale uciekłem nie po to by uciec, ale po to, by wrócić.
Czołem!
Pewnie przejadły się nam już dawno stwierdzenia "dziś wszyscy jesteśmy Polakami", zwłaszcza, że w ustach sojuszników politycznych brzmią surowo i obco. W kinach nowy Robin Hood - powiadają, że upgreadowany, bo bez rajtuz - gdzie pada kwestia "dziś wszyscy jesteśmy Anglikami". Mało analogii?
Powiem więcej; dziś wszyscy jesteśmy powodzianami, patrząc na to, co natura wyprawia to tu to tam siejąc spustoszenie na Odrze i na Wiśle. Z jednej strony puste słowa, bo jak można poczuć to, co ludzie tracący dobytek, oddalający się bezpowrotnie od tego co kochają i do czego są przywiązani. Ale z drugiej...nigdy jeszcze nie czułem, że Wrocław to moje miasto tak jak dzisiaj. Nie wiem, czy kiedykolwiek myślałem w ogóle o Wrocławiu jako "moim mieście". Nie jestem pewien czy będąc tam powiem kiedykolwiek: jestem u siebie; bo 'być u siebie' to być w domu, a dom ma się tylko jeden. Tu, w południu Wielkopolski. Co by nie mówić o moim stosunku do stolicy Dolnego Śląska jako miejscu pobytu tego dnia , kiedy oczy wszystkich wrocławiaków  zwrócone są na dziką i nieprzewidywalną wodę czuję się jednym z
nich. I nie dlatego, że jednym z nich jestem, ale dlatego, że udziela mi się ich niepokój. Oni - ludzie roczników '60, '70, '80, pamiętają '97 doskonale. Tragedia, jakiej wielu z nich doświadczyło, budzi grozę i paraliżuje strachem.

Przez blisko dwa lata mojej obecności w osławionym Trójkącie, nigdy nie zapuściłem się w osiedle, by przejść przez most na Oławce. Aż do wczoraj, kiedy postanowiłem na własne oczy zobaczyć jak jest, wyobrazić sobie, jak może być. I choć jestem optymistą w tej kwestii i sądzę, że Breslau przetrwa bez ciężkich strat, niepokój na przemian drzemie i budzi się nagle. Nie tylko we mnie, nie byłem bowiem jedynym, który wczorajszej nocy spojrzał w nurt rzeki. To, co budzi niepokój, to przede wszystkim plotka i zbiorowa panika. Hektolitry wody, które wykupiono z Biedry w kilka godzin, zamykane sklepy, rozmowy w tramwajach, na przystankach, ogłoszenia na blokach, telefony od znajomych. A jakby tego było mało,
media lokalne podały, że zamknięte zostaną wodociągi, co po kilku godzinach zdementowano.

Jestem tu, ale czuję, że nieopisana moc nakazuje mi być teraz gdzie indziej. Jestem zawiedziony tym, że będę siedział słuchając informacji na przemian o powodzi i Pudzianie, zamiast spoglądać chaosowi prosto w oczy. Pozostaje refleksja, jak silny musiał być chaos informacyjny w '97, kiedy Internet był niszowy na takich osiedlach! Niebywałe jest to, jak bardzo ludzie są spanikowani, ale i zjednoczeni kiedy przychodzi zmierzyć się nie ze śmiertelnym wrogiem lecz z nieokiełznanym żywiołem.

Wierzę, że będzie dobrze. Musi być.

22:59, ultima_ratio
Link Komentarze (2) »
piątek, 26 marca 2010
Wio-nie-sennie

Wszechobecna świeżość omywa przyjemnie twarz. Słońce jarzy w skroń i topi resztki śniegu z ociężałych powiek. Nozdrza wypełniają się powietrzem a ty wmawiasz sobie, że jest wybitnie czyste i czujesz się jak w Kołobrzegu; stopy odrywają się od chodnika chyżo i swobodnie (co nie ma związku z siłami sprężystości). Nareszcie nadeszła - wiosna. Z dawna przez nas wyczekiwana a teraz siejąca przyjemne ziarna chaosu w umysłach spokojnych chlebożerców.

Powiadam wam: Dzieńdobrywieczór i posyłam uśmiech znad studencko-podwieczorkowego makaronu.

Wiosnę można wielbić choćby za pąki na drzewach zwiastujące narodziny nowego życia, zapach kwiatów, świergot ptaków...cóż z tego jednak, skoro na dniach ogłoszono Londyn europejską stolicą aborcji, skoro te wszystkie chwasty i tak wyginą , bo cywilizacja je zadrepcze na amen a ptaki doprowadzają do szału jak człowiek chce się wyspać z rana. Wszystko w przyrodzie ma swój oddźwięk. Jako, że mieliśmy srogą i wredną zimę teraz dostaniemy soczystą wiosnę. Mój ulubiony przejaw wiosenny sprowadza się wszakże do jeszcze ciekawszej zależności, bardziej praktycznej. Im dni dłuższe, tym sukienki krótsze.

Potrzebowałem dobrych kilku sekund, żeby zanalizować fakt, iż jeśli ktoś to czyta to tylko dlatego, że trafił na blog przypadkiem, a jeśli nie przypadkiem to prawdopodobnie jest kobietą, co w tej perspektywie zmniejsza atrakcyjność mojej genialnej konkluzji. Nevermind, jeden z ww parametrów już zacząłem wykorzystywać. A może obydwa? Ten drugi omówię kiedy indziej, dzisiaj napomknę o tym jak wykorzystałem długość wczorajszego dnia.

Zaczęło się niewinnie, wstałem o piątej rano by pogłębiać wiedzę naukową i hartować ducha walcząc z pokusą rzucenia budzikiem o ścianę. Po zwycięskiej walce z inżynierią procesową, a konkretniej z subtelną rywalką o imieniu Kolumna Ekstrakcyjna, popołudnie spędziłem na Breslałskim rynku obserwując ulicznych grajków rywalizujących w ramach Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Po minięciu kilku mniej istotnych podmiotów koncertowych, napotkałem mojego faworyta - Pana bluesmena grającego nierzadko w okolicach domów żołądkowej rozpusty: Maca i Sphinxa. Przysiedliśmy wraz z Towarzyszką Podróży na granicie lub jego imitacji, wrzuciliśmy grajkowi 3,20 (burżuazja100%) i wsłuchiwaliśmy się w interpretacje hitów "Ta ostatnia niedziela" czy "It's a man's world". Gdy tylko Pan bluesmen zapauzował i ze szlugiem udał się do sklepu, w mojej głowie błysnął diaboliczny plan.

Wyjść na 3-godzinny spacer: bezcenne. Dumnie wypinać klatę nosząc koszulkę "LUBIĘ PLACKI" i znosić ciekawski wzrok wszystkich przechodniów? eee...też bezcenne. Zwłaszcza, jeśli to brunetki. A jeszcze bardziej bezcenne? Obserwować z ukrycia, jak Muzyk wyciąga z futerału kartkę następującej treści:

"Kocham Pana, ale niech Pan nie pali. Kasia"

19:08, ultima_ratio
Link Komentarze (7) »
piątek, 12 marca 2010
Od dzisiaj się ogarniam

Ależ ponuro za oknem! Niby nieco po szesnastej a świat jakoś taki szary, wyblakły, wyprany z wiosennych barw. Może to ta dziwna pora roku zwana przedwiośniem (jakoś tak nieprzyjaźnie kojarząca się z łajzą Żeromskim) a może betonowoszary magazyn stanowiący integralną część Skrajnego krajobrazu. Na blacie kubki w ilości sztuk równej trzy, a w jednym dodatkowo tajemniczy widelec. Do tego krwistoczerwony skrypt z materiałoznawstwa, którego okładka zdaje się syczeć „Nie ma tak lekko Vojtas, nie odpuszczę Ci do końca semestru”.
Po kilkunastodniowej przerwie, znów powiadam: Dzień dobry.


O tej porze roku, świat pogrąża się i tonie w generalnym chaosie. Gdzie się nie obejrzeć, wszyscy mają totalny nieogar, nic się nie chce. Niby tylko idioci mają porządek, bo geniusze to ludzie, którzy panują nad chaosem, ale nie widzę bym mógł się zaliczyć do jednej z tych grup. To zresztą nie tylko mój problem.


Laborki z NoMu. Środa, gdzieś koło południa. „Proszę wymienić najczęstsze dodatki do stali stopowych”. Chrom, nikiel, mangan, krzem, molibden, bla-bla-bla... – panuję nad sytuacją, nic nie jest w stanie wytrącić mnie z równowagi. „Zapomniał pan o najważniejszym” (+ emot ). Vojtas myśli. Myśli. Myśli.
„Zapomniał pan o...chromie”. O_o Nie zrażam się, jestem za mocny by przegrać ten pojedynek. Przechodzimy do rysowania wykresu. Rysuję starannie, z gracją podpisuję osie. „Dlaczego pan nie opisał osi?” – pytanie spada jak grom a towarzyszy mu stukanie długopisem w...podpisane osie. Finał zabawy: 3+. Nie jest źle, ale odczucia mieszane.
Chaos rządzi światem, a na dodatek coraz trudniej go kontrolować kiedy wychodzą tak dobre płyty jak ostatnio: najpierw Sade, potem Strachy na Lachy a gdzieś pomiędzy Vojtas zostaje obdarowany urodzinowo koncertem Mikromusic. Żeby było mało, odkrywam perełki takie jak: Them Crooked Vultures, Buckethead czy Digit-All-Love. I jak tu się skupić?


Czekając na to, aż Kubica skopie wszystkim tyłki w Bahrajnie, aż w Polsce przywrócą monarchię, aż będzie mi się chciało tak jak mi się nie chce, życzę miłego weekendu. Do przeczytania / usłyszenia / zobaczenia.

 

16:52, ultima_ratio
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 lutego 2010
O nodze ślimaka i dlaczego Batman zwycięża

Nie ukrywam, że miałem w planach napisać o czymś niepodważalnie debilnym, jednakowoż odważny komentarz Gosławy w zeszłym tygodniu skłonił mnie do refleksji tak nisko, że aż mi w karku szczykło. Jeszcze niedawno myślałem, że moim filozoficznym umysłem ogarniam wszystkie zjawiska przyrodnicze (oczywiście nie licząc tych występujących na maturze z biologii) a tu psikus! Tata (co w języku suahili znaczy: problem) ślimaka, a dokładniej jego nogi, rzuca czarny, bezpostaciowy cień na dotychczasowe postrzeganie świata zewnętrznego.

W pierwszej kolejności pragnę zanegować tezę, jakoby Batman był siuśmajtkiem. Nie ma żadnych dowodów na to, że kiedykolwiek oddał mocz podczas wykonywania misji ratowania Gotham City, a już tym bardziej, że w ogóle nosił majtki. On the one hand, mogłyby one stanowić dodatkowy pancerz (miał +4 do obrony i dlatego Jocker przegrał), but on the other, mogły być krępującym zbędnym balastem. Dywagacja ta ma szanse stać się punktem zwrotnym w historii ludzkości, ale odsuwam ją mimo to na później.

Rzeczywiście, los ślimaka to mocny punkt odniesienia dla rozważań o egzystencji. Wszakże ilekroć nasz uciskany przez niemco-ruso-tataro-żydomasonerię na przestrzeni dziejów naród darł się wniebogłosy o wolność? Dziesiątki, setki...Los ślimaka niewiele odbiega tejże martyrologii - tak jak naszych pradziadów zsyłano na Sybir, tak samo okrutną zbrodnią jest wzięcie ślimaka za muszlę i przeniesienie go o dalekie metry w inne miejsce! Współcześnie, niejednokrotnie narzekamy ileż zmartwień i ciężarów nosić trzeba na swoich barkach. Czyż ślimak nie może powiedzieć tego samego? I tak i nie. Tak, bo w sensie fizycznym poznał "noszenie ciężaru na barkach" lepiej niż my. Z drugiej strony, nie może, bo przecież nie ma barków.

Czy to, że los ślimaczy zbieżny jest z ludzkim pozwala nam śmiało rzec, że w przyrodzie jest równowaga, bo wszystkim dostaje się po równo? Odpowiedź podsuwają nam środowiska homoseksualne. W ludzkim świecie - piętnowane i ostrzeliwane płonącym słowem, w ślimaczym zaś, pośród licznych gatunków obojnaczych - w pełni zalegalizowane.

I nie wiem jak wy, ale nigdy nie słyszałem, żeby jakikolwiek ślimak miał coś przeciw.


22:05, ultima_ratio
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4